Dahomey
Dahomey.blog.interia.pl
Kliknij, jeśli jesteś pod wrażeniem moich tekstów.
Aktualna liczba głosów:
 
329
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Księga gości
 
Dahomey
Oto skrytka, w której znajdzie miejsce wiele moich niezobowiązujących tekstów. Będę kierował się zasadą niepoddawania ich żadnej edycji przed zamieszczeniem, zatem proszę nie zwracać uwagi na błędy, ich nigdy nie da się uniknąć...
Statystyki
Odwiedziny:
 
3106
Komentarze:
 
563
Wpisy do Księgi Gości:
 
21
Skontaktuj się
Temat:
Treść:
Podpis:
E-mail:
 
Notki
2012-01-12 Lustro
Lustro pije do mnie, a nie ja do niego. Weneckie. Podgląda mnie ja sam. Drugie ja. Schowane, utkwione w moich źrenicach. Okno na świat. Weneckie. W mroku utkwione. Źrenic. Pije do mnie lustro. Zwierciadło. Weneckie. Piję ja. Sok, herbatę? Nie widzę, jest ciemno. Nie czuję smaku, niczego już nie chcę czuć, przed niczym nie uciekać. Nic nie widzieć, nic nie mieć, nie pić. Po omacku. Nie mam się do kogo odezwać. Jesteś tylko ty, zerojedynkowa kartka, moje roztargnienie, zapatrzenie. Weneckie. Lustro pije do mnie. Znowu. Bodzie. Kąsa. Dogryza. Przekąsza. Żuje mnie jak wielbłąd tytoń, który dostał od swojego właściciela, niskiego Ahmeda, z głową w chmurach. Ah Meda. Chmury. Weneckie.
Zbiłem lustro. Weneckie. Potłukłem. Roztrzaskałem w drobny kurwa jego mak. Potłukłem. Unicestwiłem. Nie mogłem już na niego patrzeć. Przeboleć. Na siebie. Na drugie ja. W sobie, w źrenicach. Potłukłem. Sprawdziłem kto tam jest. Sprawdziłem. Jak w pokerze. Jak wygląda. Kim jest. Kim jestem ja sam. Zbiłem. Potłukłem. Nie boli. Ja, nie-ja. Nie boli, krew leci, nie boli. Adrenalina znieczula. To on. To ona. Kto to? Kto co jest, kogo czego szukasz, komu czemu się przyglądasz, wierzysz, kogo co kochasz, kim czym żyjesz, o kim o czym myślisz. Wołacz. Bez celu. Jak do rany przyłóż wołacz. Bezpański. Nieodmienialny, niereformowalny, niedopasowany. Po co on komu. I tak Mianownik go zastąpi, wyprze, zlikwiduje, zbije, unicestwi.
Siedem lat nieszczęścia. Siedem plus siedem. Lustro już do mnie nie pije. Weneckie. Nic już nie pije i nikt. Drugiego ja nie ma. Jest, ale nie ma. Drugiego ja, mnie. Nie ma, poszło, wyszło, nie wróci, nie było, nie sprawdziło. Sprawdziłem i co to było. Full house? Nie bądź śmieszny. Pozbieraj szkło lustrzane, ten swój pył księżycowy. Wodniku, co wodę lejesz z dzbana. Gwiazdo. Wodniku, cofnij się w przeszłość do mieszkania z balkonem. Tak, tym balkonem, tak, pamiętasz? Tak. Do mieszkania cofnij się i wyjdź z łóżka, z tego wielkiego narożnika, wstań najpierw i wyjdź, daj krok nad nią, przekrocz ją. Odnajdź kapcie, stań na podłodze i podejdź do okna, wyjrzyj. Nie ma księżyca. Pewnie jest, ale dla ciebie nie ma. Bo balkon duży. Bo drzewko, to co zostało. Sztuczne. Tak sztuczne jak uczucie. Bo ściana, bo balustrada, bo sufit. Podrap się po głowie, rozczesz włosy palcami pianisty. Zastanów się nad sobą, nad nią, nad sensem, non-sensem. Zerknij na wprost, zajrzyj w okno vis a vis, jest zima nie-lato, więc nic nie stoi na przeszkodzie. Jak przyjdą, zapalą światło, zobaczysz wszystko i stanik, i majtki, i piersi. Przez firankę, przez okno, za okno, o tam i sam, i tu, i tam. Przestań myśleć, Wodniku i choć, wyjdź. Masz pył księżycowy? Ten z innej bajki. Weneckiej. I chodź. Odwróć się i pójdź na przód, oderwij od okna, lunatyku, podglądaczu idź, korytarzem między stołem, a łóżkiem, na którym śpi ona. Idź, w szybie regału zobacz odbicie okna. Odbicie, co woła, ale bądź głuchy. Skręć w prawo i otwórz ostrożnie drzwi. Masz pył? Masz. Wyjdź do przedpokoju i skręć w lewo, głębiej w przedpokój i jeszcze raz w lewo. Zapal światło w łazience i wejdź do niej. Zamknij za sobą drzwi. Porządnie, jak kiedy macie gości. Zatkaj kurkiem odpływ w wannie. Spojrzyj sam na siebie oparty o umywalkę. To ty nie-ty. Sam nie-sam. Sam na sam. Gdzie drugie ja. Nie-ja. Rozbierz się do naga, jakbyś się miał narodzić. I wejdź do wody gorącej, ciepłej, przytulnej, rozgorączkowującej, wygodnie. Nalałeś wody, Wodniku, gwiazdo. Spadająca. Komu dasz szczęście, przyniesiesz. Jej, nie-jej, a może swojemu drugiemu ja. Może. Weneckie. Ten pył masz, posiadasz. Bo potłukłeś. Siedem plus siedem. Posiadasz, wyzbierałeś, co większe płaty, kawały księżyca. Tej swojej innej planety. Telefon został w tym pokoju, co ona w nim śpi. Te kawałki potłuczonego lustra, sztylety, kąsają, rozorowują, zmęczone żyły, pełne niepokojów i marzeń, w gorącej wodzie, przytulnej, aż parzy. Dokładnie, pedantycznie, jak seryjny morderca, seryjny samobójca, kończysz, to co nigdy nie powinno się zacząć. Nalałeś już Wody, wodniku, nie z dzbana a z rur. Gwiazdo. Komu szczęście. Spadniesz. Komu. Komu szczęście. Spadasz. Ostatni sztych. Komu szczęście, kto zobaczy, kto widzi. Spadasz teraz. Kto widzi, kogo obchodzi… Zgasła.
2012-01-10 Pies szczeka
Pies szczeka. Coś się dzieje. Ktoś wysyła SMS, ktoś inny czyta, ktoś odpisuje. Ogólnie jest ciemno. Nie widać księżyca, który podałby srebrną dłoń i przeprowadził przez srebrną Letę. Posrebrzaną. Tak. Jego promieniami. Letę jak sreberko, które opatulało czekoladę Wedla przed zmianą opakowania. Letę jak sreberko… Sreberko. Ogólnie jest cicho. Tylko pies szczeka. Może ten głupi, w którego musisz rzucać kamieniami, żeby dał Ci spokój. Może ten głupi. Głupek. Przestał. Ogólnie jest ciemno. Dziś pójdziesz napić się piwa. Piwa. Kto go naważył? Może sam. A może jakaś waga… Jakaś. Waga nie-waga. Tak wiele aktorek porno jest Wagami. A wydawałoby się. Sprawie… Ogólnie jest ciemno. Nie widać pająka na ścianie i psa, co przestał szczekać. Kochany. Nie widać pęknięcia na suficie, po mikro-trzęsieniu ziemi, kiedy sąsiadka tłukła kotlety w niedzielę na obiad. Kochana. Ogólnie tak ktoś zakasłał. Tam, na lewo, za drzwiami, jednymi, drugimi. Ktoś żyje. Ktoś jeszcze. Tak bliski, przez drzwi, przez dziurkę od klucza, dziurki. Ktoś, nie-ktoś. Ktoś homo. Ktoś sapiens. Kochani. Ogólnie ktoś. Jak sreberko. Znów zaczął, swoją nocną lekturę, ten pies, co na głos czyta. Tak mądry. Psia historia, psia bajka, psia modlitwa, psia jego mać. Ogólnie. Znów przestał, znów cicho. I pająk nie tupie, zdjęli mu gips. I kotletów nikt nie obija. Mięsa biednego. Rytualnego. Niedzielnego. Nikt, nie-nikt. Coś boli pod pępkiem świata, coś dokucza, doskwiera. Chciałbym wziąć głupi długopis. Taki nawet zwyczajny, taki co kupiłem 50 sztuk w Makro i po Twoim ciele to pisać. Nie walić w laptop, w te biedne, wytarte klawisze, tylko po Twoim biednym, opalonym ciele to pisać, na plecach, bo dużo tego i jeszcze przybywa. Na plecach, co wszystko pomieszczą, co każdy ciężar udźwigną, na plecach. Tak, pisać, to swoje „d” wykoślawiać i tym „m” Ci imponować. Chciałbym do swojej przeszłości z Tobą wracać i uczyć się jeszcze więcej. I jeszcze więcej dojrzewać, i pisać, inspirować, na plecach, po plecach, po ciele.
2011-12-31 Za późno
Za późno. Dlaczego? Nie wiem, co zrobić, jak mam się zachować, czego się napić, jak uśmierzyć ból. Nie wiem kim jestem, chyba nikim ważnym. I nie mam nikogo. Tak, rzeczywiście. Bo jedni mają mnie w dupie, a innym nie wystarcza cierpliwości. Nie mam nikogo, bo co jesteś w stanie dla mnie zrobić jak mi pomóc? Nie, niczego nie wymagam, ale powiedz, co? Czuję ten dystans, tę nierealność naszych relacji, czuję, że „nie mamy o czym rozmawiać”, bo ja wciąż robię twoim zdaniem coś głupiego, a twoja krytyka czasami, przeważnie mnie rani. Jesteśmy sobie bliscy, być może, ale na pewno nie jestem dla ciebie kimś ważnym. Na pewno. Po prostu jestem. Jestem i tylko tyle mogę — być. Jestem online, odbieram telefony, dzwonię, jestem, ale tylko online i przez telefon. Chciałem być naprawdę, chciałem, chcę. Ale coś stoi na przeszkodzie, tak mówisz, ufam, ale też gdzieś we mnie coś ma wątpliwości czy to nie tylko zwykła wymówka. Przecież mnie nie znasz, rozmawiamy ze sobą tylko i chociaż wiemy o sobie dość sporo, to jednak niewiele. Jestem rannym zwierzęciem, które ucieka i chowa się przed wszystkimi. Zwierzęciem, które zostało oswojone jedynie przez swojego oprawcę. I do niego wraca. Konsekwentnie, do nogi, żeby zostać jeszcze bardziej zranionym.
2011-12-30 Tęcza
Rzeka płynie, oświetlona ksenonami (po co włączyłeś długie?). Płynie? Dokąd? Jak krew co ucieka. Tequila pachnie i ma posmak jak whiskey, próbowałeś? Tak. Dokąd? Jak z nosa krew, jak albo z dziąsła. Tam był nasyp. I były tory. Dokąd? Do nikąd (sic!), rozumiesz! I był blok, bloki, jeden, dwa wieżowce, piękne na tle burzy i górujące nad żurawiem. Rozgałęzienia błyskawic jak strużki śluzu. Noc posępna, a burza jak lampa błyskowa, aparatu, co nie mógł uchwycić żywiołu. Niepełnosprawna wcześniej szła z takim psem ohydnym, starym kundlem, co szczeka na wszystkich i co by ugryzł. Ale  jest smycz, co mówi dokąd i co każe. I noc, i ta posępna, i te bloki, te wieżowce pierdolone jak z kart Tarota wieża, co wszystko się rozsypie, i piorun uderzy, i zawali się świat, wszechświat i szklane zwierzę, co udaje kota i drzewko, co ma liście z bursztynu, które ktoś ukradł jak lampę błyskową. Palce pachną tytoniem, a herbata malinowa osładza ci żywot, co jutro z kalendarza kartkę zerwiesz, tego z kotami, tak tego, co mamie się nie podobał, do cholery! Śmiej się z końca świata, a ten się śmieje… Spadnie śnieg i będziesz zostawiał ślady, te głupie, te naiwne, tak. Będziesz się skradał i czyhał na Boga, jak on, ona, ono, oni. Ono? Ten pies, szklany kot czy to pierdolone drzewko? Czy lampa błyskowa, co twoją nagość ponurą obnaża w noc ostatnią i pierwszą. Obnażać zaczyna, nie kończy zdania, nie kończy nic i wciąż zmienia, przeobraża, modyfikuje i ubezkonsekwentnia wszystko, co wypowiesz, każesz i postanowisz. Noc, co ma półksiężyc jak na fladze Turcji i co pachnie, no czym do cholery? Spalinami, bo samochody wciąż jeżdżą czy potem twoim czy złamanym groszem, śniedzią, miedzią, czy trawą, listowiem, drzewem, bursztynem? Wyłudzasz ode mnie każde dziesięć złotych, każdego Mieszka, każdego starego, bo przecież zbierasz na lepsze, na wspanialsze, na beztroskniejsze. Pierwszy grzmot na południu był. Na południu, do cholery! Dlatego nie ma zimy i wszystko ptaki przepadły. Zaczyna się wiosna, coś kiełkuje, a coś… sekatorem ten piękny ogrodnik przycina, co go właściciel posesji nazywa Jezusem, z racji długich włosów i niepełnosprawności. Opętaj mnie albo powiedz skąd przybywasz i w imię czego jesteś? Kurwa! Zastaw pułapkę, sidła, wnyki i sam się w nie złap, bo kto pod kim, ten sam dołki kopie. „Blue” już nie ma. Cholera, już nie ma. Pokoleniowa knajpa splajtowała i miasto przemienia się w miasto. I, i, i, jak w Biblii, wszystkich chcesz wymienić, a i tak musisz pominąć. Przyjechała na skuterze. To było w sierpniu? Cholera. Tak, w sierpniu, co wszystko rżnie. Miała kask, co zasłaniał aparycję i minę jak go zdjęła też miała. Staliśmy w kolejce po koper, a ona za nami stanęła po warzywa. Pamiętasz? Gówno! Ty nic nie pamiętasz albo pamiętać nie chcesz, bo co cię to obchodzi, odpierdol się w końcu! Albo pamiętasz inaczej, zawsze na opak. Jeszcze wspak albo w bok chodzić zacznij i już nic, nic, już teraz nic. Rozumiesz. Tęczy nie było nad rzeką, chociaż nurt wartki i dużo wilgoci. Słońca! Nie było. Wzejdzie. Obiecuję Ci, a ty wierzysz w noc i wąchasz ją jak pies psu pod ogonem. Ale wzejdzie i cię zaczaruje i sprawi, że poczujesz się głupio, nie dowierzając. I tęcza też. Namaluję sam.
2011-12-28 Nie umierać
Puścić muzykę, założyć słuchawki na uszy i patrzeć na lampki, co migają, co palą się światłem jednostajnym, co parzą. Jaką muzykę? Muzykę przedsylwestrową, co hymnem jest pewnej pary, co rozkazuje: “don’t stop the music”. Słuchać rozkazu, wejść gdzieś do jakiegoś miejsca, gdzie są ludzie, kobiety, wiele kobiet, do miejsca online wejść i rozmawiać, próbować, starać się. Święta spędzać online przy muzyce, co don’t stop, z słuchawkami na uszach i patrząc na lampki, co parzą. Ssać cukierki miętowe, zamiast palić papierosy i grać w szachy z komputerem, kiedy po tysiącu nawiązanych rozmów, nie rozmawia się z żadną kobietą online. Co z tobą jest, co jest, co siedzi pod skórą, co przygniata mostek i z czym sobie nie radzisz? Co to jest? Jak to nazwać, zbadać, zmierzyć, zważyć, no jak?! No jak i po co? Ale przede wszystkim jak, a po co, to chociażby z czystej ciekawości. Poczty nie sprawdzać, zamknąć się przed ludźmi, którzy mogą czegoś chcieć albo upominać się o coś. Niech dadzą spokój. Chować się, a potem iść na piwo, na dwa, na trzy, na więcej, a wieczorem iść i nie wrócić, przepaść, zagubić się, zginąć, zagłuszyć, czapkę-niewidkę założyć i przepaść, ukryć się uniewidzialnić, by bezkarnie podglądać stosunki innych ludzi. Zaginąć, by być poszukiwanym, by komuś zaczęło zależeć, by ktoś na słupach ogłoszenia wywieszał, zaginął mężczyzna, by do programu ktoś poszedł, do telewizji, by policję zawiadomił, by komuś przykro było, by oszalał z rozpaczy, by znaleźli zwłoki i by ten ktoś je rozpoznał, by był pogrzeb, by się nie odnaleźć, by pod ziemią być i nic już nie czuć, niczego nie potrzebować, nie dać się zwodzić żadnym kobietom ani online ani offline. By nie czuć przykrości po odwołanej godzinę przed randce i nie czuć niedosytu po żadnym filmie. Stać się powodem czyjegoś płaczu i żalu. Odebrać komuś beztroskę, nauczyć odpowiedzialności, uzmysłowić komuś ból, co pali w mostku, co parzy. Pod ziemią być, nie ruszać się, jeszcze słyszeć i cieszyć się z płaczu. Przepaść, a później pozwolić się wskrzesić, za lat sto, za dwieście w innym świecie, w erze Wodnika, pozwolić się wyzwolić i spełnić swoje odwieczne pragnienia, odnaleźć rude włosy, przejść po tęczy na drugi brzeg Lety i odnaleźć te rude i te oczy zielone, a o czarnych zapomnieć, o czarnych, co żałobę wróżą i rozpacz, o czarnych, co zawiodły, a czarne spalić, unicestwić to toksyczne DNA, tę truciznę, ten jad. To jestestwo, którego nie udało się odmienić, zbawić, poprawić, pomalować na zielono, nauczyć szczerości, zaufania i odpowiedzialności, to jestestwo, co umie tylko kłamać i kąsać, dla którego nie liczy się nic. To jestestwo, co ze wszystkim się spóźnia i wszystko robi tylko, po to by zranić. To jestestwo, co nigdy nie rozumiało niczego i nigdy nie zrozumie nic. Przepaść, zgubić się, zezwłoczyć i dać odnaleźć tylko padlinę, rozkładać się obojętnie i nie dbać już o nic, przeczekać tę rzeczywistość niefortunną, to pokłosie ery Ryb pod narkozą śmierci i dać się wskrzesić w końcu, gdy ludzkość pojmie wreszcie, że musi być samodzielna, bo nikt niczego nie gwarantuje, żadna książka, żadna Biblia, żaden Koran ani żadna Kamasutra. Zacząć nowe życie w przyszłości, zapomnieć, odnaleźć, nie wyczerpywać się już, więcej nie cierpieć. Nie chorować, nie gubić się i już nie umierać.
2011-12-21 Back to black
Jak wiele potrzeba, żeby zrobiło ci się smutno? Trzy piosenki. Widzisz, oglądasz film do drugiej w nocy, przełączasz na inny kanał w przerwie reklamowej, a tam mówią o ś. p. Amy Winehouse… Nie znasz jej (sic!), jakoś w lecie słyszałeś tylko, że umarła, ale jedna z jej piosenek wpadła ci w ucho, no i myślisz sobie: „jaka piękna kobieta. Szkoda, że już nie żyje”. Zaczarowały cię rzęsy. Dwa dni później, wpisujesz w google: Amy Winehouse… “Rehab” ci się nie podoba, ale “Back To Black” już tak. Przesłuchujesz kilka razy pod rząd jak to ty. W międzyczasie czytasz o niej w Wikipedii i dorabiasz legendę. Nie jesteś Żydem, ale macie wiele wspólnego. Masz nastrój twórczego smutku, a piosenka wraz z całą oprawą idealnie się z nim komponują. Zaczynasz rozmyślać. Wspominać. Jest przed świętami. Idealna pora na refleksje i podsumowania. Lada moment nastanie nowy rok i twoja era. Włączasz sentymentalizm i ukrytą tęsknotę za swoim wyidealizowanym „nikąd”. Przypominasz sobie czego i z kim słuchałeś kiedyś. Kiedyś… to zawsze magiczne miejsce, twoja ulubiona dzielnica „nikąd” na wschód od Lety. Podzielona na Kiedyś Północ i Kiedyś Południe. Dlaczego przypomina ci się to zapyziałe miejsce na Kiedyś Północ, z tym malutkim sklepikiem, który mijałeś w sylwestra, mijałeś zawsze jak zmierzałeś do centrum „nikąd”, na zachodnim brzegu Lety. Ale o czym to ty… no właśnie. Rozmyślasz i zaczynasz mościć sobie grajdół w tym twórczym smutku z coraz większą liczbą podtekstów. Wspominasz i sam nie wiesz do końca dlaczego, ale się domyślasz i to wystarczy, wpisujesz w google: „ania dąbrowska, stoję tu i czekam”. Nie powiększasz już pierwszych liter nazw własnych Shiftem, spieszysz się. Pojawia się to twoje twórcze, oczywiście twórcze rozgorączkowanie. W tle Amy… wyobrażasz sobie, że tak rozgorączkowany jest narkoman przed przyjęciem działki, albo alkoholik przed pierwszym łykiem markowego kolorowego alkoholu. No właśnie, taki z ciebie alkoholik. Markowy. Słuchasz Ani Dąbrowskiej i czujesz, że popełniasz emocjonalne samobójstwo. Musisz zaaplikować sobie złoty strzał. Jesteś zdecydowany, zdesperowany i ciekawy, co się stanie. Może cofniesz się w czasie, może odmłodniejesz o te przeklęte cztery lata. A może nie… Wpisujesz w google: „nena wollmond”. Chcesz emocjonalnie umrzeć, kupujesz one way ticket do nikąd (sic!). Google cię poprawia na „vollmond”. No tak, znów „w” zamiast „v”, dlaczego do cholery jeszcze nie nauczyłeś się tego pieprzonego niemieckiego na tyle, by zawsze pisać to zasrane „v”?! Ale po dwóch kliknięciach to już nieistotne. Ta melodia i nikąd staje się niemal namacalne. A ty głaszczesz je po tych jej rudych włosach. Masz ciarki. Uświadamiasz sobie jak bardzo ważna jest dla ciebie ta piosenka i ta więź lunarna. Masz łzy w oczach. To twój hymn. To twój hymn na czasy bezkrólewia, bezcesarzowia, beztronowia, bezkobiectwa. Który umacnia liczny naród twoich niezmordowanych komórek. Spaja go i scala jego tożsamość w twojej jedynej i niepowtarzalnej deoksyrybonukleinozie, dzięki której będziesz żył wiecznie. Uśmiechasz się. Jedna z kart w przeglądarce: Amy Winehouse.
2011-09-17 Modlitwa do Bogini
Aż płaczę z miłości.
Ona rozsadza mnie od wewnątrz.
Jestem wobec Ciebie bezbronny jak ciało bez naskórka.
Każdego dnia Cię poznaję i odkrywam
galaktyka po galaktyce.
Nazywam nowe gwiazdozbiory, przemierzając kolejne lata świetlne.
Jesteś dla mnie jak wszechświat i boję się, że nigdy Cię nie poznam i nie odkryję do końca.
Jesteś moją atmosferą, moją religią, moim lekarstwem na raka.
Diabłem, który mnie opętał i egzorcystą, który mnie wyzwolił.
Narkotykiem, który uzależnił i odwykiem, dzięki któremu zerwałem z nałogiem.
Piorunem, który mnie zabił i Bogiem, który wskrzesił.
Znaczysz dla mnie o wiele więcej niż Radhika dla Kryszny, niż Beatrycze dla Dantego.
To właśnie Tobie pragnę dedykować wszystko, co napiszę.
Jedynie Twój pragnę być.
2011-09-08 Da, nie-da
Męski głos wołał go z okopów. Wysoki jak tyczka, wystawiał głowę ponad szereg. Nieprzyjaciel zawsze celował w jego mózg. Miał na muszce. Byłoby szkoda. To niezrozumiałe.
Puścił się galopem, przed siebie. Oby dalej i dalej, wiatr rozwiewał włosy, serce waliło jak w fazie plateau. Podniecenie narastało. Wraz z nim jakiś wewnętrzny, podskórny smutek, spowodowany istnieniem.
Chciało mu się spać, jednak palił papierosa i gimnastykował się jak chorągiewka na wietrze. Ja, nie-ja, pomyślał. Mądrzy ludzie przyglądali mu się zza szyby, tak wyszorowanej, że aż przezroczystej.
Czy mogę zasypiać dziś z nadzieję? Czy przyśni mi się coś pięknego? Czy o poranku powita mnie smutne rozczarowanie?
Są wiersze Gałczyńskiego, które znaczą więcej niż powinny. Są.
Byłem dziś w lesie. Chodziłem po nim bardzo długo (czas liczony w godzinach). Przymusowa dendroterapia. Odwyk. Od czego jednakże? Zaobserwowałem jak w knieje wdziera się cywilizacja, jak się w nią wdrapuje… Coraz więcej domów, ogrodzonych działek, a coraz mniej drzew. Las, nie-las.
Pobrudziłem buty, utytłałem w piachu, myślałem o tych, którzy szli i o tych, których nie było. Oni, nie-oni.
Liczyłem kroki i wypowiadałem zaklęcia do samego siebie. Wspominałem czas przeszły i usiłowałem wyobrazić sobie przyszły. Teraźniejszy pominąłem boleśnie. Czas, nie-czas.
Każdy mówi, że ostatnia burza była niepokojąca, że błyskawice oświetlały cały świat, wszystkie rzeczy żywe i umarłe, że pioruny uderzały niebezpiecznie. Według mnie był deszcz. Zwykły deszcz, kilka razy zagrzmiało. Daleko. Raz strzeliło. Daleko. Nawet niczego nie wyłączyłem z kontaktu. Kto ma rację? Komu bardziej można zaufać, sobie jednemu czy każdemu innemu kilku? Sobie, nie-sobie?
Szyby są całe, pozostały w ramach okiennych. Nic się nie spaliło. Piwnicy nie zalała rzekoma ulewa. Sobie, nie-sobie?
Nim wszedłem dziś do lasu, spotkałem dawną znajomą, zielonooką koleżankę. Puste słowa i mur niezrozumienia, konwenansów, dystans etykiety, wymuszone żarty, wymiana aktualnych numerów i poszedłem dalej, nie chciałem zatrzymywać, dziecko, które wyprowadzało ją na spacer, spieszyło się dokądś, nie lubię dzieci.
Nie usiadłem nawet na moment, wciąż w ruchu, przed siebie, wszerz i wzdłuż. To, co napisałem wczoraj bardzo mi nie odpowiada. Czy da się spalić część internetowej rzeczywistości? Da, nie-da.
Zdany egzamin wyłącznie na siebie, wycierałem buty o mech, rozkładałem czarny parasol, kiedy zaczynało padać i składałem, kiedy przestawało. No tak, czarny. Nie zapominałem go, ponieważ nie wypuszczałem go z dłoni. Gdzieś dalej jechały samochody, gdzieś ponad latały samoloty i helikopter, a ja szedłem naprzód, czasami obejrzałem się. Spluwałem i spacerowałem, aby przeczekać najgorsze, zdany na siebie. Zdany, nie-zdany.
Rozpocząłem nowy etap w moim życiu. Dorosłość, samodzielność. Wstaję dopiero późno i kładę się już wcześnie. Jak kiedyś. Tylko już nie gram. To jest bardzo niezdrowo. Powinno się… No właśnie. Kto rano wstaje ten, temu.
2011-09-07 I have a dream
 Miałem dziś piękny sen, ale nawet nie wiem, co mi się śniło, przytrafiło. Kopię zapasową prześlę Ci mailem lub wypalę na płycie i wyślę pocztą. Może lepiej kurierem?

Wysokie bloki, wewnątrz pułapka. Kto by pomyślał? Jak ogromna sieć pajęcza. Śmiertelne niebezpieczeństwo. Bądź silna! Gaśnie światło. A na ścianie cień, jak w filmie Hitchcocka. Uwidacznia go niespodziewana błyskawica. Światło pioruna ratuje życie, umożliwia reakcję na zagrożenie, unik, neutralizację agresora/agresorki.

Burza była przelotna, nie napadało wiele. Przeszła obok. Została przeoczona. We dwoje. Gdzie indziej wiatr pozrywał dachy, narobił wykrotów, nabroił. Grad łobuz powytłukał szyby, a pioruny, splunięcia Peruna, popodpalały włosy na głowach. Ich wypadanie, jest dowodem na to, że wszystko na świecie jest delikatne, niestabilne. Raz jest, raz nie ma. Czy wszystko? Włosy.

Zadziera się głowę i patrzy w gwiazdy.

— Czego jest więcej, mamo, gwiazd czy owadów?

I widać je jak na dłoni, i czyta się z nich jak z dłoni.

(Wymiana zamka nie odwróciła losów świata. Nie wypaczyła biegu wydarzeń)

Stawia się horoskopy Rakom i Rybom, i Wodnikom.

— Jest taka bajka Krasickiego, pamiętasz? „Czapla, ryby i rak”?

— A kto jest czaplą? Kto ma najdłuższe nogi? I chadza na nich własnymi ścieżkami?

— Kot!

— Otóż nie, Wodnik.

— Rak idzie wspak.

— Dzieci i ryby, głosu nie mają.

— I jak łódka brodzi.

— Brodzik?

— Brodka.

Otworzyli kolejne piwa, a przyjaciel Dandysa podrapał się po czole. Dandys z resztą też, przebiegając wzrokiem ukradkiem po fasadach naprzeciwko. Stara matrona paliła gauloisesa w fifce, bujając się w fotelu na biegunach. Przyjaciel Dandysa ziewnął, za późno jednak zasłonił twarz i wieść rozeszła się prędko na cały powiat. Dlaczego nie pijemy absyntu, do cholery? — zakrzyknął Dandys, ale szybko ręce mu upadły. Przyjaciel Dandysa wypił duszkiem pół piwa, następnie opuścił taras, skorzystał z toalety i rozłożył sobie posłanie w korytarzu. Zasnął, bardzo szybko, jakby tylko na to czekał. Tak, było już ciemno. Dandys z rękami w kieszeniach wypuścił się do sklepu. Zszedł po nieruchomych schodach i powłóczył się środkiem chodnika, tym razem dokądś i z celem. Na ławce pijaczyna dyskutował sam ze sobą. Na drugiej nikt nie siedział. Ja, nie-ja, mówię Ci.
2011-09-03 On nie-on
 Dźwięk komputera niesie się daleko w noc. Smutek zagląda przez szpary.

— Mamo, czy smutek jest krótkowidzem?

Długie, smukłe palce uderzają w klawiaturę. Jak w klawisze pianina. Materiał się poci, pod nadgarstkami, chociaż to już jesień, noc jesienna, pamiętam sierpniowe, lipcowe, kwietniowe, beztroskie. Młodość jest wszechpotężna, nieulękniona. Młodość zerka z daleka, z tego, co wstecz. Na palcu połyskuje obrączka, białe złoto najwyższej próby (tak mówił sprzedawca, szpakowaty, lekko zgarbiony, elegancki pan; jubiler). Tak powinno być. Jestem w trzech miejscach na raz, wewnątrz i na zewnątrz. Na zewnątrz gra wiatr. Na zewnątrz jest wysoko, dlatego gra wiatr, daleko gra. Ktoś puka. To nie do nas. Bo do nas byłoby, jest i było daleko, za daleko. Na wyciągnięcie dłoni. Nowinki techniczne, świat nie nadąża za nami.

— Pamiętaj, że on się obraził, zamieszkał w eremie, diabli go wzięli. Na amen.

Pamiętam taką scenę, wielkie, wręcz gigantyczne, w srebrnych ramach, wypolerowanych na glanc, zwierciadło. Przed nim na mahoniowym krześle, siedzi quasi-elegancko dama, nie-dama. Jej oczy — ocean, jej skóra — niebo. Siedzi i rozczesuje włosy, które falują, nie-falują donikąd. Jak rzeka, nie-rzeka. Otwarte okno, aby księżyc mógł przez nie podglądać. Księżyc ciekawski kobiet jak dojrzewający chłopiec, księżyc-podglądacz, księżyc — stary zbereźnik. Zagląda i aż świeci z zachwytu. Być księżycem i gapić się bezkarnie na wszystkie cuda świata…

Jak w klawisze pianina, tak pełen nostalgii, chociaż nie wyjechał donikąd, gra na chudym instrumencie, który mieści się do torby na laptop. Patrzy przed siebie, na zerojedynkowy świat. Spajanie się z nim jest coraz głębiej postępujące, zachłanniej. To instrument, to broń, skuteczniejsza od siekiery, chociaż mniej dosadna. To instrument, to ja, nie-ja, neo ja. To lustro, zwierciadło, jednak czarne, bezksiężycowe.


Zobacz serwisy INTERIA.PL